Rozmowy w Belwederze

 
 

Rozmowy w Belwederze trwały z jedną przerwą do trzeciej nad ranem dnia następnego. Prasa skwitowała je parozdaniowym, nic nie znaczącym komunikatem. Tuż przed siódmą rano samolot z delegacją sowiecką wystartował w drogę powrotną do Moskwy. Dopiero w kilka godzin później w świetle napływających doniesień korespondentów z Filipem Benem na czele stało się jasne, że zaszło coś dla nas zupełnie nieoczekiwanego. Komuniści polscy, postawieni zostali w najbardziej brutalnej formie wobec groźby zmiecenia ich siłą z powierzchni ziemi, o ile nie poniechają zamiarów wprowadzenia zmian we władzach partyjnych. Zaraz na wstępie Ochab miał oświadczyć: „wiemy od wczoraj, że wasze wojska maszerują z Legnicy do Warszawy. Jeżeli nie wydacie im rozkazu, by zawróciły - nie będziemy prowadzić rozmów z pistoletem przyłożonym do skroni”. Wyjaśnienie Chruszczowa, że chodzi o zwykłe manewry, zostało odrzucone, „Nawet jeśli jest tak, jak mówicie - oświadczył Ochab - trzeba na to patrzeć tak, jak to odbiera ludność, która w tych ruchach widzi formę nacisku na kierownictwo”4.

Po tym wstępie Chruszczów wydał wprawdzie odpowiednie zarządzenia Koniewowi, ale w swoim półtoragodzinnym przemówieniu wymyślał polskim rozmówcom od zdrajców, krzyczał, groził, że zapoznają się z sowieckimi bagnetami i oskarżał ich o zmowę z amerykańskimi imperialistami. Przemówienie kończyło (tekst powielony wyłącznie do wewnętrznego użytku partyjnego, archiwum autora). Cytowane w tym rozdziale dokumenty dostarczone nam były przez F. Bena. Większość przywiózł później na Zachód Jerzy Mond. Opublikowane zostały w zbiorze W sześć lat później, wydanym przez Instytut Literacki, Paryż 1963. się groźną konkluzją, że jeżeli Polacy nie zgodzą się na utrzymanie Biura Politycznego w dotychczasowym składzie, to Rosjanie użyją siły. Polska delegacja odpowiedziała, że skład kierownictwa jest wewnętrzną sprawą partii.