W OBLICZU NOWEJ SYTUACJI

 
 

Wydarzenia tych kilku dni postawiły nas nagle w zupełnie nowej sytuacji odwracającej wszystko, co było dotychczas, o 180 stopni. Już w piątek, dziewiętnastego października, gdy nadeszła rewelacyjna wiadomość o lądowaniu sowieckiej delegacji, stało się jasne, że Moskwa znalazła się po raz pierwszy w ostrym, jawnym konflikcie z PZPR, a ściślej mówiąc z częścią polskiego kierownictwa partyjnego. Wynik starcia był niepewny, katastrofa w postaci jeszcze jednego, krwawego zgniecenia siłą „polskiego matieża” wisiała na włosku. Następnego dnia, równocześnie z doniesieniem o odlocie Chruszczowa i towarzyszy, przyszła wiadomość o artykule redakcyjnym „Prawdy” atakującym komunistów polskich w tym samym obelżywym języku, w jakim Stalin swego czasu ekskomunikował

Titę. Powtarzały się w nim oskarżenia polskiego kierownictwa partyjnego o zdradę socjalizmu, wyrzeczenie się Lenina i Marksa. „Prawda” zarzucała prasie polskiej antyradzieckie wystąpienia. Niektórzy dziennikarze zaatakowani zostali imiennie.

W tej sytuacji nie mogło być ani chwili wahania. Radio musiało udzielić pełnego poparcia tym elementom w kierownictwie polskiej partii, które stały się przedmiotem ataku. Lecz poparcie to należało wczorajszym wrogom okazać w taki sposób, aby nie dostarczyć Moskwie argumentów potwierdzających absurdalne oskarżenia o jakieś powiązania „liberalnego skrzydła” w partii z amerykańskim imperializmem.

Całkowity zwrot nastąpił równocześnie wr nastawieniu ludności. Sowiecki atak podziałał jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki. Znikła wewnętrzna emigracja. Po raz pierwszy społeczeństwo zjednoczyło się w poparciu dla Gomułki i nowego kierownictwa. Było rzeczą jasną, że to jednomyślne poparcie, które znajdowało głośny wyraz w masowych wiecach, stanowiło najważniejszy - jeśli nie jedyny - atut w batalii, jaka toczyła się w pałacu belwederskim. Jednocześnie pod wpływem wiadomości o ruchach wojsk rosły niebezpiecznie nastroje antysowieckie, grożąc w każdym momencie żywiołową eksplozją.