WYDARZENIA WĘGIERSKIE I POWRÓT PRYMASA

 
 

Skwapliwie przytaczaliśmy głosy prasy zachodniej wyrażającej podziw dla spokoju i opanowania, jakie okazywało społeczeństwo. Może właśnie dlatego, że władza była już zbyt słaba, by przeciwstawić się siłą masowym demonstracjom, nie doszło nigdzie do gwałtownych starć. Natomiast o miedzę - na Węgrzech - wydarzenia w Polsce stały się przysłowiową iskrą. Niezadowolenie i ferment gromadziły się tam pod powierzchnią już od wczesnej wiosny 1956 r. Przykład Polski dosłownie w ciągu kilku godzin postawił na nogi całe społeczeństwo węgierskie. Zaczęło się od masowych manifestacji solidarności z Polską przed pomnikiem Bema 23 października i rezolucji uchwalonej przez Klub Petófiego, który był niejako odpowiednikiem Klubu Krzywego Koła i gromadził przeważnie rewizjonistów partyjnych, a skończyło się wybuchem walk ulicznych z bezpieką tego samego dnia i wezwaniem przez Erno Gero na pomoc wojsk sowieckich z pobliskich garnizonów.

Wypadki na Węgrzech i sowiecka interwencja podniosły jeszcze bardziej falę antysowieckich nastrojów w Polsce. Zagrała bardzo mocno tradycyjna przyjaźń i poczucie solidarności z Węgrami. Prasa pełna była korespondencji z Budapesztu i artykułów wyrażających poparcie dla węgierskich przyjaciół. Następny tydzień stanowił moment największego zagrożenia. W tej sytuacji prawdziwie opatrznościowym wydarzeniem stał się powrót z Komańczy 28 października prymasa Wyszyńskiego. Poczynając od przełomowego dnia - dziewiętnastego października - nurt religijny zaczął występować coraz mocniej na wiecach i w uchwałach. W tym właśnie dniu na wiecu w Politechnice grupa młodzieży wysunęła projekt rezolucji domagającej się natychmiastowego zwolnienia kardynała Wyszyńskiego. Zaprotestowali przeciwko temu partyjni rewizjoniści. Spór rozstrzygnął sekretarz podstawowej organizacji partyjnej w fabryce na Żeraniu, Lechosław Goździk, który stał się przywódcą i bożyszczem warszawskich robotników. Doniosłym głosem oznajmił zebranym, że jako komunista uznaje prawo każdego do własnego światopoglądu, więc nie widzi powodu, dla którego Kardynał ma być więziony za swoje przekonania. Po tym wystąpieniu nikt już nie oponował i rezolucja została uchwalona. Podobne żądania powtarzały się prawie na wszystkich wiecach w całym kraju. Zdarzało się, że rezolucje zgłaszali działacze partyjni. Na przykład na wiecu w hali sportowej stoczni gdańskiej zwolnienia Prymasa domagał się Mieczysław Róg, prezes miejscowego ZMP. Obecni nagrodzili go burzą oklasków. Po wielkiej manifestacji na placu Defilad spora część tłumu skierowała się pod Dom Partii i skandowała pod oknem gabinetu Gomułki: uwolnić Prymasa! W tym groźnym momencie Gomułka musiał uznać, że opieranie się temu żądaniu może być niebezpieczne. W dwa dni później Kliszko i Bieńkowski pojechali do Komańczy, a 28 października - po przeszło trzech latach uwięzienia - Kardynał znalazł się z powrotem w swym prymasowskim pałacu na Miodowej. Książę Niezłomny Kościoła wracał w aureoli bohatera i męczennika. Witał go tłum wiwatujący i płaczący ze szczęścia. A Prymas w pierwszych słowach powitania mówił do ludu: „Módlcie się, bo ojczyzna wymaga od was w tym momencie dużego spokoju, dużej rozwagi”. I powtórzył to wezwanie w najbliższą niedzielę z ambony.