GŁOS WOLNYCH WĘGIER W OBLICZU TRAGEDII CZ. II

 
 

Był to wprawdzie tylko cytat z poważnego pisma niedzielnego, ale przez radio nie słychać cudzysłowów. Redaktor dodał zresztą swoją własną uwagę: „Według doniesień z Londynu, Paryża, Waszyngtonu i innych stolic zachodnich wynika, że reakcja świata na wydarzenia węgierskie przechodzi wszelkie wyobrażenie”.

Głos Wolnych Węgier skoncentrował teraz całą swoją uwagę na Organizacji Narodów Zjednoczonych. Debaty w Radzie Bezpieczeństwa i Zgromadzeniu Ogólnym transmitowane były z Nowego Jorku całymi godzinami. Niestety uwaga ONZ zajęta była przede wszystkim kryzysem sueskim. Sprawa Węgier zeszła na plan dalszy. Szanse na skuteczną, zbiorową akcję, która zmusiłaby Rosjan do wycofania się z Węgier, były od początku żadne. Nasi koledzy węgierscy spragnieni byli co najmniej jakiejś potępiającej rezolucji jako moralnej pomocy, którą mogliby przekazać do swego kraju. Jak było do przewidzenia, rezolucję taką zablokowało w Radzie Bezpieczeństwa sowieckie weto. Obrady Zgromadzenia Ogólnego wlokły się w nieskończoność, doprowadzając naszych Węgrów do skrajnej rozpaczy.

W pewnym momencie zjawił się u mnie kierownik naszego działu realizacji programu, Wincenty Rapacki, wyraźnie zaalarmowany.

- Czy wiesz, co się dzieje u Węgrów? - pytał od progu. - Będziemy mieli drugie powstanie węgierskie, tym razem u nas w budynku.

- Co się stało? - pytam zdziwiony.

- Węgrzy nie wytrzymują nerwowo. Chcą postawić Amerykanom i całemu światu ultimatum. Jeżeli Zgromadzenie ONZ nie uchwali rezolucji potępiającej inwazję w ciągu 48 godzin, wszyscy nasi Węgrzy chcą ogłosić strajk.

Trudno było się dziwić węgierskim przyjaciołom, że w takim momencie ulegają rozpaczy. Ale my wszyscy - Węgrzy, Polacy, Czesi, Rumuni... płynęliśmy w tej samej łódce. Wywrócenie jej w tym tragicznym momencie podniosłoby do kwadratu katastrofę na Węgrzech.

Poszedłem zaraz do naszego węgierskiego kolegi. Gellert siedział za biurkiem bezczynny i samotny. Miał wypieki na twarzy i sprawiał wrażenie ciężko chorego człowieka. O szykującym się strajku nic mu nie było wiadomo. Wydawało się, że stracił kontakt z własnym zespołem. Następnego dnia wyczekiwana jak zbawienie rezolucja została wreszcie uchwalona i do strajku nie doszło.