LEKCJA POLSKIEGO PAŹDZIERNIKA CZ. III

 
 

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy słuchałem Radia Wolna Europa. W 1949 rodzice kupili radio - prymitywny polski odbiornik, ale z całym zakresem fal krótkich. W czasach stalinowskiego terroru, gdy za słuchanie audycji można było trafić do UB słuchano programu, nakrywając się wraz z odbiornikiem kocem. Pamiętam, jak bledli znajomi, jak drżały im ręce, gdy zapominałem wyłączyć odbiornik przed wprowadzeniem ich do pokoju. Lecz pomimo strachu słuchaczy było wielu. Słuchały wszystkie klasy gimnazjalne, choć każdą kończyłem w innej szkole. Wystarczyło w kolejce lub w tramwaju zanucić fragment melodii lub powtórzyć drobny urywek, na przykład Hemara, aby wywołać przestrach, ale jednocześnie uśmiechy i porozumiewawcze spojrzenia. Pozwalały one odnaleźć się tym, którzy słuchali - a więc nie chcieli pogodzić się z ówczesnymi realiami. Radio Wolna Europa było, poza Kościołem, jedyną instytucją pozwalającą nawiązywać więzi w sterroryzowanym i przerażonym społeczeństwie. Działały i inne rozgłośnie: Głos Ameryki, BBC, Watykan, Kolonia - ale Radio Wolna Europa było głosem wolnej Polski. Niemożliwe jest ustalenie, jacy bylibyśmy i jak byśmy myśleli, gdyby RWE nie nadawało. Wszelkie ankiety będą zawodne, bo pamięć jest krótka, a miłość własna nakazuje nie dzielić się zasługami. Sam nie potrafię ocenić tego wpływu podobnie jak nie potrafię ocenić wpływu przeczytanych książek. Czytałem od chwili, gdy poznałem litery, zaś Wolnej Europy słuchałem, odkąd miałem radio. Ludzie wolnego świata nigdy nie zrozumieją, jakie znaczenie miały dla nas te audycje. Tak jak nikt, kto nie siedział w więzieniu z betonowym spacernikiem, nie zrozumie, jak wiele znaczy dziurka wielkości grochu wybita w blindzie, przez którą zobaczyć można kawałek zielonego drzewa, jadący samochód. Są one realnymi dowodami, że jeszcze istnieje normalny świat, że nie wszystko zmieniło się w kratę i beton. W czasach, gdy wszystko było po linii, na bazie, w ramach planu, wieców za i przeciw, powitań, poparć, majowych czynów - w szkole, na ulicy, w radio, w gazecie, w pracy, w przedszkolu, gdy wszyscy byli za, a nikt przeciw - nieustannie nasuwało się pytanie, a może tak jest naprawdę, może tak trzeba, może to właśnie ja jestem wariatem nie chcącym uwierzyć w rzeczywistość. I do tego ta ogromna pokusa, żeby nareszcie uwierzyć i dać się nieść temu strumieniowi kartoflanki, wyławiając co lepsze kąski. Wystarczyło wtedy bardzo delikatnie pokręcić gałką odbiornika, żeby przekonać się, że spiker nie musi mówić fałszywym głosikiem maczanym w syropie. Że to nie tylko ja myślę niezgodnie z wymogami. To znaczy, że nie zwariowałem, lecz znalazłem się w domu wariatów. I że ten dom wariatów obejmuje ściśle określony teren, że tam - za drutami i strażami - ludzie żyją normalnie. I nawet nie trzeba było identyfikować się z poglądami i opiniami, które przez charkot zagłuszarek docierały do nas. Wystarczyła świadomość, że człowiek może mieć inne zdanie, żeby nabrać pewności, że paranoja, która nas otacza, jest chwilowa i ograniczona. Czyli można nie poddawać się, można przetrzymać, można walczyć...