Dzień inauguracji zbliżał się szybko. Po różnych klęskach, które dane nam było przeżyć, nareszcie powstawało i rosło na naszych oczach coś nowego i ważnego, jakby pierwszy przebłysk nadziei. Ten radosny nastrój mąciły niestety mnożące się ataki prasy emigracyjnej. Przez długi czas nasza prasa na Zachodzie narzekała na Amerykanów, że opóźniają uruchomienie Rozgłośni Polskiej. Teraz z kolei znaleźliśmy się w skoncentrowanym ogniu krzywdzących napaści.

Gawlina przed wojną i w czasie wojny byl biskupem polowym i przysługiwała mu z tego tytułu ranga generalska. Istotnie po czułem się w jego obecności jak kapral wobec generała. Wydawał rozkazy tonem nie znoszącym sprzeciwu. Słuchy o zamiarach mianowania ks. Janusza doszły do mnie już wcześniej. Zasięgnąwszy o nim języka, nabrałem przekonania, że nie jest odpowiednim kandydatem. Dałem to biskupowi do zrozumienia. Rozmowa skończyła się krótkim oświadczeniem: albo ks. Janusz, albo nikt.

W programie, który już przybierał konkretne kształty, istniała tylko jedna niepokojąca luka. Od pierwszej chwili, gdy tylko przystąpiłem do zorganizowania Polskiej Rozgłośni, przywiązywałem wielką wagę do audycji religijnych. Kościół za żelazną kurtyną nazywany był Kościołem Milczenia. Nie miał dostępu do środków masowego przekazu i mógł nauczać Ewangelii tylko z kazalnicy. Przewidywałem trzy audycje religijne w tygodniu i transmisję Mszy św.

Następne tygodnie poświęcone były szkoleniu w sztuce radiowej i lak zwanemu dry-ntn, czyli próbie generalnej. Polegała ona na pisaniu i nagrywaniu audycji, które nie szły jeszcze na antenę, ale stanowić miały żelazny zapas. W zespole redaktorskim przeważali ludzie, którzy dobrze władali piórem, ale nigdy nie zetknęli się z mikrofonem. Trzeba ich było nauczyć sztuki pisania do radia.

W drugiej połowie marca 1952 r. miałem już wszystkich w komplecie i można było przystąpić do zorganizowania zespołu i podziału funkcji. Początkowo umieszczono nas. podobnie jak przedtem Węgrów, nie w głównym budynku na Englischer Garten, ale w kamienicy na Possartstrasse, gdzie zajęliśmy dwa górne piętra. Zależało mi na tym, aby zaraz na początku rozwiać obawy natury politycznej. Wygłosiłem więc na wstępie exposé, przedstawiając, jak wyobrażam sobie nasze zadania. Program zawarty był w sześciu punktach.

Przybysze z Londynu lądowali w Niemczech z mieszanymi uczuciami. Wielu cierpiało biedę albo walczyło o byt, pracując fizycznie w fabrykach. Dla tych. którzy nie mogli znaleźć pracy, radio było ostatnią deską ratunku i jedyną szansą powrotu do dawnego zawodu. Panowała jednak niepewność, jak długo potrwa ta nowa impreza. Łączyła się z tym obawa przed Amerykanami i ich polityką. Niejeden także wzdrygał się na samą myśl, że przyjdzie mu żyć wśród Niemców.

Tymczasem mijał tydzień za tygodniem i kandydaci do pracy zaczęli bombardować mnie listami, skarżąc się, że od początku stycznia żyją w stanie ciągłej niepewności. Nie umiałem udzielić im żadnych zapewnień ani wytłumaczyć przeciągającej się zwłoki. Dwudziestego drugiego lutego wysłałem do Strzetelskiego jeszcze jeden list, dając mu do zrozumienia, że całe odium zawiedzionych ludzi spadnie na niego.

Po wyjeździe Strzelelskiego odetchnąłem z ulgą. Zdawało się, że uniknęliśmy najgorszego: wojny między dwoma Polakami, w której rozjemcami byliby Amerykanie. Niestety pakt przyjaźni nie potrwral długo. Po powrocie do Nowego Jorku Strzetelski złożył swemu protektorowi, Robertowi Langowi, propozycje odbiegające od naszego układu. Utrzymywał, że wizyta w Monachium potwierdziła jego obawy. Umieszczenie grupy Polaków w Monachium doprowadzi niechybnie do konfliktu z Niemcami.

W drugiej połowie stycznia przybył z długo odkładaną wizytą Stanisław Strzetelski. Byliśmy obaj w niełatwej sytuacji. Żaden z nas nie podlegał drugiemu. W gruncie rzeczy na tych samych falach i pod tą samą nazwą miały nadawać dwie niezależne od siebie rozgłośnie radiowe oddzielone odległością dziesięciu tysięcy km. W takim układzie organizacyjnym tkwiły źródła wiecznych konfliktów. Musiało dojść do nich, nawet gdyby Strzetelski i Nowak byli aniołami. Tymczasem ani jeden, ani drugi aniołem nie był.

W połowie stycznia 1952 r. wyjechałem już na dobre do Monachium. Żona miała dołączyć w kilka tygodni później po zlikwidowaniu naszych spraw londyńskich. Czekało na nas małe, dwupokojowe mieszkanie w dzielnicy Schwabing. Było w nim wszystko, poczynając od pościeli, a skończywszy na widelcach i szklankach. Amerykanie starali się uwolnić swoich współpracowników od wszelkich trosk życia codziennego, aby mogli skupić uw'agę wyłącznie na swej pracy.

Strony