Pobyt w Londynie i w Paryżu, ostatni przed osiedleniem się na dobre w Monachium, wykorzystałem dla złożenia wizyt czołowym politykom. Chciałem ich zapewnić, że będę z nimi w osobistym i bezpośrednim kontakcie, nie mam zamiaru wykorzystywać swego stanowiska dla stworzenia jakiegoś konkurencyjnego ośrodka politycznego i że zależy mi na utrzymaniu przyjacielskich stosunków.

Spotkania kandydatów z udziałem Amerykanów rozpoczęły się trzeciego stycznia 1952 r. w wynajętym na ten cel apartamencie w hotelu Dorchester w Londynie, a następnie przeniosły się nad Sekwanę do hotelu Lancaster w pobliżu Champs Elysees. Obecny był William Griffith, zastępca Rafaela, John Wiggin z Monachium, a z Nowego Jorku John Leieh, kierownik działu exile relations, czyli spraw emigrantów politycznych. Na każdego kandydata przeznaczone było pół godziny.

Trzeba było dobierać tych ludzi trochę po omacku, częściowo na podstawie zasłyszanych opinii, ich przeszłości, a przede wszystkim na podstawie własnej intuicji i wrażenia. Kilku kandydatów zupełnie wówczas nie znanych wybiło się później na plan pierwszy. Na przykład Jan Jasiewicz nie był ani pisarzem, ani aktorem. W obozie jenieckim w Murnau czynny był w teatrze kierowanym przez Schillera. Zaangażowałem go na podstawie rekomendacji adiutanta gen. Andersa, rlm. Ludwika Łubieńskiego.

Na mojej liście figurowało sporo dawnych żołnierzy Armii Krajowej: Stanisław Zadrożny z Paryża pracował przed wojną w rozgłośni pomorskiej Polskiego Radia, a w czasie Powstania był moim szefem jako kierownik radiostacji „Błyskawica”. Z AK wywodził się Jan Markowski, który w czasie Powstania Warszawskiego walczył na Mokotowie i przeszedł do historii jako kompozytor Marszu Mokotowa oraz innych powstańczych piosenek.

Najważniejszą rzeczą było pogodzenie talentu i kwalifikacji zawodowych ze stworzeniem pewnej równowagi politycznej. Stronnictwo Narodowe reprezentował Wiktor Trościanko z Polskiego Radia w Wilnie, w czasie okupacji redaktor endeckiego pisma podziemnego „Walka”. Miał opinię utalentowanego publicysty radiowego. Działaczem Stronnictwa był także Tadeusz Piszczkow- ski, historyk z zamiłowania, z zawodu urzędnik służby zagranicznej.

Równocześnie, już nie oglądając się na Amerykanów, postanowilem nie odwlekać dłużej nawiązania bezpośredniego kontaktu ze Strzetelskim. List do niego utrzymany był w przyjaznym, kurtuazyjnym tonie8. Wyrażałem nadzieję, że przyszłe stosunki oparte na ścisłym rozgraniczeniu kompetencji będą się układały harmonijnie, ale w zakończeniu prosiłem Strzetelskiego, by nie komunikował się bezpośrednio z kandydatami do pracy w Monachium za plecami ich przyszłego szefa.

Na razie miałem inne troski na głowie. Musiałem skoncentrować całą uwagę na wyborze członków przyszłegb zespołu. Wstępne rozmowy z kandydatami miały umożliwić mi pierwszą selekcję. Wybranych ludzi miałem następnie przedstawić amerykańskiej ekipie, która planowała dłuższą wizytę w Londynie i w Paryżu, poczynając od trzeciego stycznia 1952 r. Pierwszą rozmowę odbyłem z seniorem Polskiego Radia, Zdzisławem Marynowskim, przedwojennym znajomym Stanisława Strzetelskiego.

Charakterystyka była bardzo ostra i mogła zawierać element przesady. Wiedziałem, że Strzetelski. zawodowy i doświadczony dziennikarz, podniósł nieco poziom audycji, który za czasów jego poprzednika był rzeczywiście fatalny. Ale po rozmowie z Griffi- thetn nie mogłem mieć już żadnych złudzeń. Stało się jasne, źe mam do czynienia z niebezpiecznym rywalem, który walczy o własną pozycję i prestiż. Stawka była dużo większa niż osobiste ambicje.

Po powrocie z Monachium do Londynu zastałem niedobre wiadomości z Nowego Jorku. Zygmunt Nagórski informował mnie, powołując się na Strzetelskiego, że dwunastego grudnia odbyła się konferencja Komitetu Wolnej Europy. Brał w niej udział Strzetelski i jego wpływowy protektor, dyrektor Radia Wolna Europa - Robert Lang.

To mnie na razie zadowoliło. By) czas na zerwanie współpracy, gdyby miało się okazać w przyszłości, że powiązania z CIA są w konflikcie z celami, którym chciałem służyć. Mówiło się, że Piłsudski korzystał przed pierwszą wojną światową z pomocy Dwójki austriackiej. Nikt nie twierdził, że z tej racji był agentem austriackim, bo używał tej pomocy do przygotowania walki orężnej o niepodległość z innym zaborcą i przecież zachował pełną niezależ-

Strony