Czekała mnie w Monachium jeszcze jedna nieprzyjemna niespodzianka. Na miesiąc przed moim przyjazdem dyrekcja radia uruchomiła dwuosobową redakcję polskiego dziennika radiowego i polskiego nasłuchu. Na mój wniosek jednym z dwóch redaktorów został mój przyjaciel Jerzy Szyszko-Bohusz. Drugim redaktorem był przysłany z Nowego Jorku AnLoni Tarnowski. Dzienniki radiowe nadawane z Monachium na samym początku były jednogodzinną audycją transmitowaną z Nowego Jorku i powtarzaną w ciągu doby.

Gdy w niespełna dwa tygodnie później, dziesiątego grudnia 1951 r., obejmowałem swoje funkcje w Monachium, w pierwszej rozmowie z Griffithem i Rafaelem wyłożyłem bardzo mocno wszystkie racje przemawiające przeciwko nadawaniu do Polski z Niemiec Zachodnich. Powokilem się na Slrzetelskiego, który pierwszy wysunął te same zastrzeżenia.

Uznałem z miejsca słuszność akcji Strzetelskiego. Byłem rzeczywiście przekonany, że Amerykanie dawno już powzięli decyzję umieszczenia radia w Monachium. Błyskawiczna budowa gmachu w Englischer Garlen i nadajników w Biblis wyraźnie na to wskazywały. Skontaktowałem się niezwłocznie z Jerzym Zdziecho- wskirn, przewodniczącym Rady Politycznej w Londynie i wręczyłem mu mój projekt uicie-nienioire3.

Ma pan zatem - panie Janie - wielką, niebywałą szansę życia. Może pan stworzyć dla Polski nowe. największe okno na świat - na przekór tym Polakom, którzy chcieliby powołać do życia nowy polski zaścianek.

Od pana zależy, czy w Monachium powstanie jakaś wizja Polski w połączonej Europie czy melancholijny zajazd pretensji, żalów, narodowego szowinizmu, zarozumialstwa i wybielania przeszłości - ulubionych gier i zabaw wyprzańców.

W dniu 10 listopada 1951 r. dostałem w końcu oficjalny list proponujący objęcie stanowiska szefa Polskiej Sekcji Radia Wolna Europa z pensją 325 dolarów miesięcznie l3. Nie było to dużo więcej od mojej gaży w BBC, ale strona finansowa byta najmniej ważna.

W tydzień później w londyńskim ,,Dzienniku Polskim" (17 XI 1951) w rubryce „Podsłuchane" ukazała się wiadomość w wielce dla mnie pochlebnej oprawie:

Wszystko to dało mi dużo do myślenia. Nasze władze wojskowe: gen. Kopański, gen. Anders, gen. Bór-Komorowski, godząc się na odstąpienie Anglikom „polskiego ogniwa”, przypuszczały, że współpraca wywiadowcza z Anglikami przyniesie stronie polskiej pożytek. Moje doświadczenie z pik. Bortnowskim nasuwało uzasadnione wątpliwości, czy tak było naprawdę.

Okazało się jednak, że to nie był koniec. Mniej więcej w tym samym czasie otrzymałem list od płk, Leona Bortnowskiego, oficera naszej Dwójki, którego poznałem jeszcze w sztabie w czasie wojny. Po wojnie Anglicy za zgodą naszych władz wojskowych zachowali tak zwany Polish Link (polskie ogniwo). Grupa oficerów naszego wywiadu pracowała dla Anglików' i miała swoich ludzi na terenie brytyjskiej strefy okupacyjnej.

Tymczasem po wyjeździe Jacksona zaległa cisza. Mijał tydzień za tygodniem, a zapowiedziana oferta nie nadchodziła. List wysłany do Griffitha pozostał bez odpowiedzi. Natomiast przyjaciele w Nowym Jorku przekazali mi pogłoski, które przeciekły z grona Amerykanów, że Anglicy robią jakieś trudności. Głęboko zaniepokojony postanowiłem rozmówić się z kierowniczką Polskiej Sekcji. Evelyn Zasio.

W dwa tygodnie później w hotelu Dorehesler w Londynie spotkałem się z C.D. Jacksonem, któremu towarzyszył Griffith. Podobnie jak Griffith i Rafael, Jackson robił z miejsca wrażenie człowieka o niebywałym rozmachu. Od tego przystojnego, wysokiego pana w wieku około pięćdziesięciu lat bil optymizm, entuzjazm i dobry humor. Nie czekając na to. co usłyszę, przedstawiłem w sposób dość zdecydowany własny pogląd na to, jaką rolę powinno spełniać radio nadające do Polski i jakimi zasadami winno się kierować.

Wracając do Londynu, usiłowałem uporządkować swoje wrażenia. W budynku na Englischer Garten panował niesamowity harmider i zamieszanie. Pocieszałem się jednak, że świat także wyłonił się z chaosu. Po raz pierwszy w życiu zetknąłem się z Amerykanami i porównywałem ich w myśli z Anglikami. Pierwsi byli bardziej bezpośredni i otwarci. Czułem się w ich obecności jak równy z równymi, podczas gdy w stosunkach nawet z zaprzyjaźnionymi Anglikami zawsze istniał pewien dystans. Anglicy byli powolni i ostrożni.

Strony