Słowa te były szczególnie potrzebne w tym właśnie momencie. Na przełomie bowiem października i listopada zdawało się, że rewolucja na Węgrzech odnosi zwycięstwo i że Węgry odzyskają pełną wolność i staną się państwem demokratycznym. Toczyły się rokowania o całkowite wycofanie wojsk sowieckich, a premier Nagy ustępował wobec żądań Rad Robotniczych, które domagały się przywrócenia systemu wielopartyjnego i ogłoszenia neutralności Węgier.

Wiadomość o uwolnieniu Prymasa nadaliśmy o siódmej wieczorem 28 października na godzinę przed radiem warszawskim i watykańskim. Wywarła ona wielkie wrażenie w Polsce i w świecie, wzmacniając pozycję Gomułki. Sam powrót Prymasa i jego pierwsze wystąpienia wpłynęły w sposób decydujący na uspokojenie rosnącego wrzenia. Stał się największym autorytetem moralnym, człowiekiem, którego słowa znajdowały powszechny posłuch.

Skwapliwie przytaczaliśmy głosy prasy zachodniej wyrażającej podziw dla spokoju i opanowania, jakie okazywało społeczeństwo. Może właśnie dlatego, że władza była już zbyt słaba, by przeciwstawić się siłą masowym demonstracjom, nie doszło nigdzie do gwałtownych starć. Natomiast o miedzę - na Węgrzech - wydarzenia w Polsce stały się przysłowiową iskrą. Niezadowolenie i ferment gromadziły się tam pod powierzchnią już od wczesnej wiosny 1956 r.

Nasza służba nasłuchu nagrała wiec, transmitowany na żywo przez Polskie Radio. Znalazłem się z innymi w studio. Nieprzebrane morze ludzi skanduje bez przerwy: Wies-ław, Wies-ław, Wies-ław, śpiewa „sto lat”, reporterzy powtarzają hasła na transparentach: „Wolność i suwerenność”, „Wojsko z ludem", „Wierzymy Wiesławowi”. Słychać także inne okrzyki: precz z Rokossowskim i Ka-tyń, Ka-tyń, K.a-tyń.

Tymczasem poczucie tryumfu i zwycięstwa znalazło ujście w niezliczonych wiecach młodzieży akademickiej, robotników i wojska. W krytycznym dniu dziewiętnastego października, w czasie, gdy jeszcze toczyły się konfrontacyjne rozmowy w Belwederze, dwadzieścia tysięcy studentów zebrało się na wielkim wiecu w Politechnice. Przybyli delegaci z Krakowa i delegaci robotników z fabryk warszawskich. Przemawia!

Program komunistyczny nie stanie się nigdy naszym polskim programem... Ale każdy Polak, który z narażeniem samego siebie występować będzie w obronie niezależności swego kraju - spotka się ze zdecydowanym solidarnym poparciem całego społeczeństwa bez względu na swe zabarwienie polityczne i przynależność partyjną. Będzie bowiem wyrażał wówczas nie program swojej partii, ale potężne pragnienie niepodległości całego narodu.

Wszystkie inne komentarze utrzymane byty w tym samym duchu. Unikaliśmy jakichkolwiek pouczeń i apelów. Staraliśmy się oddziaływać przez beznamiętną ocenę sytuacji i potężny ładunek informacji, które same przez się miały wydźwięk ostrzegający. Wyciąganie wniosków pozostawialiśmy słuchaczom.

Powołując się na korespondenta „New York Timesa”, Sydneya Grusona, mówiłem, że „ogromna większość społeczeństwa, dotychczas bierna i apatyczna - w ciągu ostatnich godzin dała się ponieść fali i udzieliła zdecydowanego poparcia zwolennikom reform”.

Natychmiastowy zwrot w naszych audycjach polegał przede wszystkim na radykalnej zmianie tonu, którą słuchacz musiał z miejsca zauważyć. W krytycznym dniu. dwudziestego października, w oczekiwaniu pełnym napięcia na wynik belwederskiej konfrontacji, suche doniesienia Agencji Reutera, UP1 i AP wypełniały szczelnie cogodzinne dzienniki radiowe rozszerzone do 15 minut.

Wydarzenia tych kilku dni postawiły nas nagle w zupełnie nowej sytuacji odwracającej wszystko, co było dotychczas, o 180 stopni. Już w piątek, dziewiętnastego października, gdy nadeszła rewelacyjna wiadomość o lądowaniu sowieckiej delegacji, stało się jasne, że Moskwa znalazła się po raz pierwszy w ostrym, jawnym konflikcie z PZPR, a ściślej mówiąc z częścią polskiego kierownictwa partyjnego.

Strony